czwartek, 11 października 2007

OpenSuSE 10.3 czyli jak legalnie wnieść to co nielegalne

Każdy użytkownik Linuxa wie, że kodeki multimedialne nie są objęte licencją open source, i właściwie, bez opłacenia odpowiedniej sumy ich twórcom, nie powinny być one obecne w systemach. [1]

Linuksowi laicy przecierają oczy ze zdziwienia, że choć system potrafi to i tamto i ma być taki lepszy, nie potrafi odtworzyć naszej empetrójki, która nota-bene jest pewnie kradziona.
Pozostaje więc tak zwane wsparcie społeczności. Google po wpisaniu frazy 'mp3 mój_linuks' zwykle odnajdą jakiś dłuższy/krótszy, lepiej/gorzej/nie działający "przepisik" na ugotowanie mp3.
Po przejściu kwestii mpeg, przychodzą kolejne formaty. Trzeba szperać po stronach, szukać instrukcji instalcji pakietów, rozwiązywać zawiłe zależności, a i tak co ma nie chodzić, to nie chodzi, a rozwiązanie przychodzi powoli i ciężko.
Bywają wprawdzie Linuksy z kodekami w wersji domyślnej, ale jakoś dystrybucje te nie trwają zbyt długo, często miewając różne problemy egzystenjalno-prawne.

To co ujrzałem po instalacji OpenSuSE 10.3 zaskoczyło mnie totalnie swoją perwersyjnością, przebiegłością i użytecznością:

  1. Otwieram jakiś plik multimedialny.
  2. Plik oczywiście nie chce się otworzyć.
  3. Program zadaje głupie pytanie w stylu: czy chcesz mieć możliwość obejrzenia/usłyszenia co jest w środku.
  4. Otwiera się strona, pokazująca ideał otwartego rynku zamknietych kodeków: ikonki dekoderów różnych producentów, przy nich odpowiednie ceny w $ i przyciski [buy].
  5. Po nasyceniu się możliwościami zapłacenia za pracę twórców oprogramowania multimedialnego, dostajemy możliwość przyjrzenia się alternatywnym wsparciem społeczności.
  6. I tu niespodzianka, nie ma ogromnego forum z wątkami: "nie działa mi", "brakuje tego, bo Y chce tamtego pakietu", "wszystko zrobiłem, a komp milczy jak grób". Jest za to jeden malutki pliczek. Nazwałbym go "wspomóż mnie", "uczyń cud", ewentualnie "zrób wszystko za mnie"
  7. Po uruchomieniu, nagle widzimy, jak dodają się rezpozytoria niebłogosławione przez projekt, gdzie do niedawna znajdowało się to i owo, tworzące multimedialnego linuksa.
  8. Potem instalują się znane wszystkim "świetnych przepisów" pakiety, w ilości sporej, masowej wręcz totalnej.
  9. Z "małego" wsparcia community dostaliśmy substytut wszystkiego co niedawno mogliśmy kupić za dziesiątki dolarów.
  10. Chodzi zadany plik, chodzi większość.

Czyż nie genialne. Pod przykrywką legalności, dostajemy wsyztkie kodeki w 5 kliknięciach. I do tego z dobitnym ominięciem mniej alternatywnej wersji zapłacenia. Dostaliśmy dostęp do nieoficjalnych rezpozytoriów, bez świadomości, czym one są. Dostaliśmy coś niewspieranego, bez szczególnej informacji, że robimy coś niewspieranego, będąc prowadzeni krok po kroku.
To tak jakby nauczyciel wyszedł z sali na teście, mówiąc dzieciom: nie ściągajcie.

Co poza tym w OpenSuSE 10.3?

  • Uruchamia się 2 razy szybciej, naprawdę, za każdym razem dziwię się: to już?
  • Instalacja programów one-click: robi nam się 2. Windows. Generalnie nie miele tyle repozytoriów przed zrobieniem czegokolwiek, wszystko miło i ładnie.
  • Generalnie jakiś szybszy.
  • Baza źródeł instalcji: dość przepisywania z forów.
  • Mój "zawsze za cichy" dzwięk da się usłyszeć. Dobre wsparcie sprzętu.
  • System przemalowany na zielono. Autonomia graficzna projektu openSuSE. Dedykowany OpenOffice.
  • Pare wynalazków z Kde 4.
  • Czcionki lepsze niż poprzednio. A generalnie to już są bardzo ładne.
  • Okna przewijają się płynnie przy używaniu strzałek góra/dół. Poprzednio to wkurzało. Małe coś, a cieszy.

---------------
[1] Dotyczy to prawa w USA, u nas sprawa jest bardziej liberalna (antymonopolowa lepiej powiedzieć). Niestety licencje rozpościerają się na nasz kraj bez wnikliwej analizy kwestii legalności, a dystrybutorom nie chce się przygotowywać specjalnych nie-stanowych wersji.

wtorek, 18 września 2007

O perfekcjonizmie

Ostatnio dostałem zlecenie na "walidację" strony internetowej. Strona okazała się gigantycznym serwisem z toną liniowo-ułożonych danych. Efekt działania maniaka Led Zeppelin. Każdy koncert z dokładnością do opisu "pierwsze nagranie dostępne bez intro".

Ale o stronie kilka słów. Stworzone w jakimś bliżej mi nieznanym MicroSh*towym edytorze WYSWIG. Efekt? Użytkownik zauważył, że co przeglądarka, to nowy layout. Ups. No i pisze do mnie.
Tom co ujrzał, przekracza moje masakryczne wspomnienia związane z zakrzaczaniem kodu we Front Page'u. Po prostu istna sieczka. Przechodzące się klasy, style, divy, font-size'y, definicje czcionek w stylu "co linia do taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaka deklaracja wyglądu", a do tego ramka w ramce otaczająca ramkę znajdującą się w kolejnych ramkach.

Próba wytłumaczenia ideei klas, i tego, że 2h na zaprojektowanie klas to jest nic w porównaniu z tym, że jego praca, którą usilnie dziergał przez 2 lata, poszła by 10 razy szybciej, nie bardzo się powiodła.
Zabrałem się za odchudzanie kodu. To znaczy za pisanie go od nowa [zachowując oryginalny wygląd].
Tutaj postanowiłem w pełni być wierny idei "zero wyglądu w htmlu, wszystko w css". Idea piękna, a nadto użyteczna. Ale tego chyba nie muszę udowadniać. I tu złapałem się sam. Zawsze zasadzie tej byłem "prawie" wierny. Koło 95%. I tu nagle okazuje się, że od 5 lat posługując się css-ami, gdzie jako uczeń 2. klasy gimnazjum bawiłem się grafikami przesuwanymi i docinami sprytnymi zapisami w plikach, nie potrafię wyrównać obrazka za stronie bez uciekania się do zbrodniczego tagu center. Moja wina!

Kod odchudzony masakrycznie (szacuję, że zostało 20% konkretu), a wygląd - stabilny! Pod kontrolą. Tak dużo radości z tak małej rzeczy, a dokładniej wywalenia MicroKrzaków do kosza.
A do ideału jeszcze daleko.

A na dalsze rozważania odsyłam na GENIALNY blog WebEscety:
[+] Perfection of vanity
Link prosto do postu z filmikiem pokazującym potęge css.

Btw: są jeszcze na świecie miłośnicy pięknego wyglądu, i kodu?

piątek, 14 września 2007

BritCenzura??

O Britney jest głośno już od roku. Co dzień coś nowego. Ato się ogoliła, a to wytatuowała, a to naćpana z dzieckiem. Sensacja goni sensację. A wystarczy się przyjrzeć bliżej, by zobaczyć, że cały świat mediów żeruje na tragedii zagubionej młodej dziewczyny.
W stacjach radiowych w końcu zabrzmiał pierwszy singiel, wszyscy czekali na wielki powrót na gali MTV. I co?? Cisza.

Występ się odbył. Naprawdę. Ci co oglądali na żywo, widzieli. I tylko oni.
Całość pokazała, że artystka potrzebuje jeszcze czasu, by dojść do siebie.

I tu uderzają takie fakty jak:
  • [+] MTV wycięło występ z powtórek i nie udostępnia go on-line.
  • [+] Szukając zapisu wideo na YouTube ujrzymy:
    Ten film wideo jest już niedostępny z powodu otrzymania zgłoszenia o posiadaniu praw autorskich przez użytkownika Viacom International Inc..
  • Wszystkie nowe videa są skutecznie i natychmiast banowane.
  • Media nie trąbiły o porażce Brit.
Czyżby media nareszcie zrozumiały, że nie wszytko trzeba pokazywać.
Jestem zdecydowanie przeciw cenzurze, ale cieszę się, że cały świat nie musi oglądać upadku człowieka, który nie koniecznie chce się nim obnosić.

Zastanawiam się tylko czy zachowanie prywatności dotyczy Adriana z Big Brothera 4.1?
Ale o tym chyba nie długo.

sobota, 18 sierpnia 2007

Are you Web 2.0?

Ostatnio w naszej wspaniałej sieci (2.0) oczywiście pojawił się pewien ciekawy walidator [*]

http://web2.0validator.com/

Jest on o tyle interesujący, że stwierdza poprawność stronki z rzekomym "dobrze zdefiniowanym" standartem Web 2.0. Cała zabawa polega na tym, że przecież nikt nie wie, czym ma być owy standart.

Firmy poszukujące webmasterów rzucają na lewo i prawo pojęciami: Ajax, interaktywne, "jak Gmail"... same nie wiedząc czego chcą.
Ajax uważany jako odkrycie ostatnich 2 lat był przecież powszechnie stosowany, choć w innych implementacjach, już właściwie od wieków. Sama definicja jest też pojęciem rozmytym, bo mówi o czymś "po stronie serwera (php), użytkownika (Java) i asynchroniczności. A przecież większość porządnych serwisów opierała się na tych technikach.

Ale przyszedł Gmail, który był
[a] tworem potentata rynku,
[b] pojemny,
[c] ciągle się powiększał (choć jakoś nie urósł do terabajtów),
[d] miał przyjazny i innowacyjny interfejs, ale nie było tam niczego czego wcześniejsze poczty by nie miały (choćby nawet nasza skromna Onetowa)
[e] promowany był jako beta wersja - czułeś się jak wyróżniony - do tego zaproszenia // beta jest do dziś - ale zyski już nie beta,
[f] miał ładnie schowaną konfigurację do programów pocztowych,
[g] poczta się podglądała, odtwarzała i krzyczała "spójrz na mnie, żal mnie ściągać na dysk".

No i się zaczęło. Czysta propaganda. Wielki kamień milowy wywołany wyłącznie trendami, promocją, a nie podparty nową techniką, językiem skryptowym, technologią.

Autorzy Walidatora Web 2.0 piętnują nadużywanie tego pojęcia chociażby przez opis jaki znajdujemy szukając owej strony w Googlach:

Web 2.0 Validator : We're the dot in Web 2.0 The one, true Web 2.0 Validator. Created by Web 2.0 users for Web 2.0 users, based on Web 2.0, and incorporating Web 2.0 technologies in a very Web 2.0 way.
Ale poza tym próbują znaleźć wspólne cechy owych stron (choć niektóre są dość ironiczne):
  • mapy Google,
  • reklamy AdSense,
  • działanie jako wersja beta,
  • ikonki poprawnej walidacji,
  • baner Firefoxa.

To wszytko potwierdza tylko tezę, że Web 2.0 to po prostu ogromny worek w który wrzucamy wszytko, co aktualnie jest "trendy" mieć na stronie, bez względu czy jest to uzasadnione i potrzebne.

---------------------------------------
[1] Walidator (ang. validator) to program sprawdzający poprawność dokumentu o określonej składni. Walidatory stały się na tyle popularną usługą, że niektóre z nich ewoluowały w multiwalidatory przeprowadzające kilka wariantów walidacji jednocześnie. (Wiki)

czwartek, 16 sierpnia 2007

Zaczynamy

Bloga rozpoczynam oficjalnie.

A poza tym nieoficjalnie naskrobię, co po krótce tu znajdziemy.
To blog umysłu ścisło/humanistycznego (niepotrzebne skreślić). Począwszy od spoglądania w przeszłość (Wszechświata n.p.), w dal (nieboskłonu) przez tonę zer i jedynek przez gdybanie o tym czym jest Web 2.0.

Niektórzy nie potrafią patrzeć na to co się dzieje wokół nich obojętnie. Może u schyłku 4. RP i u progu RP4.1-alpha można zaryzykować, że do narzekania nie ma powodów, ale na pewno jest dużo do zrobienia.

Gdybanie zostawmy na potem, to o czym będzie blog dowiemy się jak będzie istniał ten blog.

Pozdrawiamy i machamy wszystkim!